Pojęcie gwałtu w federalnych wytycznych obejmuje zakresem nie tylko stosunki płciowe z użyciem przemocy, dokonywane wbrew woli kobiety przy całkowitej penetracji pochwy/odbytu penisem (później rozszerzono tę definicję o penetrację przedmiotem, seks oralny i ataki na mężczyzn), lecz również wszelkie próby zgwałceń ( link ). I obojętnie, czy jest to doskonały tort czy też soczysta sztuka mięsa, ostatni kawałek pozostaje nietknięty. Dopóki goście są w domu, dopóty talerz z ostatnim kawałkiem tortu stoi na stole i nikt nie odważy się tego ostatniego kawałka sobie zwyczajnie nałożyć. Ta silnie zakorzeniona cecha leży w szwedzkiej mentalności. W 2017 roku, podobnie jak w latach poprzednich, najwyższy udział krajowych instytucji bankowych w aktywach ogółem sektora instytucji bankowych utrzymywał się w Grecji, gdzie sięgnął niemal 98 proc., Hiszpanii (95,5 proc.), we Francji (95,2 proc.), w Niemczech, Danii, Szwecji i Holandii (blisko 93 proc.) oraz we Włoszech (gdzie W połowie listopada Ukraińcy wyzwolili spod rosyjskiej okupacji wieś Gammalsvenskby — osadę zamieszkałą głównie przez rodziny o szwedzkim rodowodzie. Dziś wioska stanowi część ukraińskiej Żmijewki, ale jej mieszkańcy wciąż kultywują szwedzkie tradycje, uczą dzieci rodzimego języka, korzystają z biblioteki ze szwedzkimi książkami. Tak było do momentu rosyjskiej inwazji. Eurosender pomógł już wielu podróżnikom wysłać walizkę ze Szwecji do Grecji, w przystępnych cenach. Szukanie i porównywanie ofert firm logistycznych często jest niewygodne i czasochłonne. W tym właśnie pomaga platforma Eurosender, która automatycznie wybiera najbardziej korzystną opcję nadania przesyłki zagranicznej. Best Greek Restaurants in Szczecin, Western Pomerania Province: Find Tripadvisor traveller reviews of Szczecin Greek restaurants and search by price, location, and more. . Kategoria: Druga wojna światowa Data publikacji: 1 września 1939 roku w Sztokholmie na pniu sprzedawały się bilety na premierowe pokazy filmów – w Rigoletto wyświetlono amerykański film Furia w reżyserii Fritza Langa z Sylvią Sydney i Spencerem Tracym w rolach głównych, w Dramaten ruszył jesienny repertuar z premierowym pokazem spektaklu Złote gody. Niepokój wisiał jednak w powietrzu. Największy ruch panował w sklepach spożywczych, gdzie sztokholmczycy wykupywali zapasy żywności, a szczególnie kawy. Balkony wzdłuż promenady Norr Mälerstrand zamieniono w spiżarnie, więc wyraźniej niż zapach morza czuć było wtedy aromat ziaren. Szwecja a wybuch II wojny światowej W tym samym czasie szwedzki rząd obradował w Kanslihuset przy Mynttorget pod przewodnictwem Pera Albina Hanssona, który – jak podawał dziennik „Social-Demokraten” – „wyglądał spokojnie jak zwykle”. Obecny był też oczywiście minister obrony, Per Edvin Sköld. Tego popołudnia podjęto kluczowe dla kraju decyzje: Szwecja ma pozostać neutralna, w najbliższy piątek odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie rządu, należy podwyższyć gotowość bojową i wprowadzić reglamentację benzyny. Wielu porównywało ówczesną sytuację do tej z czasów pierwszej wojny światowej, kiedy Szwecja również pozostała poza konfliktem. Wspominano: oczywiście, życie bywało trudne – brakowało mleka, jajek, chleba, masła. Teraz też będzie ciężko, ale i tym razem przetrwamy. W podobnym tonie Per Albin Hansson przemawiał do narodu z głośników radiowych. Priorytetem było „utrzymanie kraju poza wojną, pielęgnowanie i ochrona niezbywalnych wartości narodowych”, czego można było dokonać jedynie we wspólnocie. Solidarność i odpowiedzialność – te dwa filary miały zapewnić Szwecji bezpieczeństwo. Od dziennikarzy i liderów opinii premier oczekiwał wyjątkowej odpowiedzialności i rozsądku w korzystaniu z przywileju wolności słowa. Zgodnie z decyzją rządu zmobilizowano dziesiątki tysięcy mężczyzn, którzy w każdej chwili mogli zostać wezwani do służby w mundurze Korony. Zobacz również:Najtragiczniejsza historia miłosna z AuschwitzBiała Śmierć. Zabijał pięciu Rosjan dziennie!Nawoływał do czystości rasowej i eliminacji podludzi. Przez niego ponad 60 tysięcy osób poddano przymusowej sterylizacji Imigranci? Solidarność wobec współobywateli oznaczała jeszcze bliższe zżycie z tym, co swoje i bezpieczne – i odseparowanie tego, co obce. Szczególnie dotyczyło to imigrantów. Do tej pory nie stanowili oni problemu, zdarzały się tylko pojedyncze przypadki zagubionych wędrowców. Dzięki skrupulatności szwedzkich urzędników wiemy, kiedy w Szwecji pojawił się pierwszy Żyd i pierwszy katolik od czasu reformacji – ponieważ musieli oni uzyskać specjalne pozwolenie na wjazd do kraju. Gdy w 1809 roku Finlandia odłączyła się od Szwecji, kraj stał się praktycznie monoetniczny i jednowyznaniowy. Jednak już wtedy pewne grupy nie były mile widziane. Dotyczyło to Cyganów, którym w 1914 roku zakazano imigracji do Szwecji. Prawo obowiązywało do 1954 roku, czyli jeszcze dziesięć lat po zakończeniu drugiej wojny światowej. Sama ustawa dotycząca obcokrajowców z 1927 roku powstała pod silnym wpływem teorii biologii ras – miała chronić pracowników przed zagraniczną konkurencją i pomóc zachować czystość szwedzkiego narodu. W dokumencie rządowym czytamy: To, że ludność naszego kraju jest wyjątkowo jednorodna, jest nieocenioną wartością. Dlatego należy kontrolować napływ przedstawicieli innych ludów, którzy nie powinni się mieszać z naszym narodem. Podzielał to zdanie dyplomata Folke Malmar, który w październiku 1938 roku ostrzegał przed niebezpieczeństwem wynikającym z nazbyt wielkodusznej polityki Szwecji: Po początkowym przyjaznym przyjęciu żydowskich przybyszów, podyktowanym współczuciem dla wygnańców z innego kraju i dumą z powodu zaofiarowanego schronienia, zaczęło wzrastać uczucie dyskomfortu, potem dojmująca niechęć i w końcu nastąpiło stadium czwarte: dramat oszczerstw, prześladowań, a nawet rozlew krwi, ucieczka prześladowanych do innych krajów, gdzie nigdy nie było tych problemów lub o nich zapomniano. Spalona synagoga w Monachium. Noc kryształowa Tego samego roku doszło do wydarzeń „nocy kryształowej” – masowych prześladowań niemieckich Żydów. Mimo to Szwecja nie zmieniła wymogów paszportowych, według których dokumenty osób pochodzenia żydowskiego miały być wyraźnie ostemplowane literą „J” – po to by łatwiej było je zidentyfikować. Socjaldemokraci proponowali złagodzenie prawa migracyjnego, ale spotkali się z oporem, szczególnie ze strony studentów i związków zawodowych. Wiosną 1939 roku studenci z uniwersytetów w Lund i Uppsali zażądali powstrzymania napływu Żydów do Szwecji. Do apelu przyłączyło się szwedzkie Stowarzyszenie Drobnych Przedsiębiorców. Dyskusja na uniwersytecie w Lund dotyczyła pytania, czy pozwolić dziesięciorgu niemieckim lekarzom żydowskiego pochodzenia osiedlić się w Szwecji. Studenci byli zdania, że obcokrajowcy będą odbierać im pracę. Nawet wybuch wojny nie zmienił tego nastawienia. Sytuacja ludności żydowskiej 1 września 1939 roku 16 Żydów wydalono z kraju, kiedy próbowali przekroczyć granicę estońsko-szwedzką. Wypatrzyła ich załoga estońskiego statku kontroli granicznej. Zostali zatrzymani i internowani na wyspie Utö. Uchodźców nie przyjęto do kraju, ponieważ przybysze, jak informował dziennik „Dagens Nyheter”, nie mieli prawa postawić nogi na szwedzkiej ziemi bez „zadowalających dokumentów i najlepiej by było, gdyby udali się na „następną plażę, gdzie są milej widziani”. Per Albin Hansson Ocena sytuacji była w świetle obowiązującego prawa właściwa, a uchodźców – 14 mężczyzn, kobietę i dziecko – wysłano z powrotem do Estonii, gdzie zostali aresztowani i skierowani do kolejnego transportu na Litwę. Prawdopodobnie niewiele osób czytających tego dnia gazetę zauważyło notatkę o wydaleniu paru żydowskich uchodźców, zajmując się sprawami naprawdę palącymi, które opisywała pisarka Astrid Lindgren w swoim dzienniku: „Kiedy udałam się do mojego handlarza kawy i chciałam kupić konkretne ćwierć kilo, natknęłam się na szyld na drzwiach: Zamknięte. Kawa wyczerpana”. W żadnym szwedzkim dzienniku nie pojawiły się informacje o sytuacji społeczności żydowskiej, które zachowały się we wspomnieniach Alfredy Laufer, pielęgniarki z Łodzi. Alfreda w 1945 roku otrzymała status uchodźcy w Szwecji i przebywała w sanatorium w miejscowości Spenshult, przerobionym czasowo na ośrodek dla przybyszów. Gdyby przyjechała do Szwecji przed wojną, w jej paszporcie widniałby dobrze widoczny stempel z literą „J” – jak „jude”. Wspomnienia Alfredy Przeżyłam w Łodzi i w łódzkim ghetcie straszliwy okres inwazji niemieckiej i w skróceniu chciałabym opisać moje i mych braci przeżycia. Niemcy zaraz po wkroczeniu do Łodzi postanowili wytępić [„wyodrębnić” – dopisano długopisem] Żydów spośród reszty ludności, wydano więc nakaz noszenia oznak żydowskich: z początku opasek żółtych szerokości 10 cm, później zmieniono to na łaty kształtu gwiazdy Dawidowej; również koloru żółtego, które naszyte były na każdym odzieniu na widocznym miejscu na piersiach i na plecach. Wszystkie mieszkania żydowskie znaczone również były gwiazdą Dawidową. Miało to swój cel: Żydów „łapano na robotę”. (…) „Złapać” miał prawo każdy Niemiec czy Niemka. (…) Nadeszła sroga zima, a z nią dekret opiewający skupienie wszystkich Żydów w północnej dzielnicy miasta, nieskanalizowanej, po większej części zabudowanej zapadłymi, drewnianymi domkami i nie wszędzie oświetlonej elektrycznością. Miasto musiało być do marca „judenrein” [czyli „oczyszczone z Żydów”]. Kto do tego czasu nie wyprowadził się sam do ghetta, został ewakuowany przymusowo przy akompaniamencie celnych strzałów. I tak rozpoczęła się ciężka walka o dach nad głową. Walka – 160 tysięcy osób mieszkać miało tam, gdzie miejsca było z górą na 40 tysięcy. Na osobę przeznaczone było 1,5 metra kwadratowego, a więc w małych, zapadniętych izdebkach lokowało się po 10 osób. (…) Tablica z informacją o utworzeniu getta i zakazie wstępu na jego obszar osobom postronnym. Podobne tablice były gęsto rozstawione wzdłuż całego ogrodzenia getta. Stanęli mieszkańcy ghetta przed smutną rzeczywistością. Choroby szerzyły się w zastraszającym wprost tempie. Tyfus i dur brzuszny i plamisty dziesiątkowały ludność, nie było warunków na najmniejsze przestrzeganie higieny. Skąpo było z wodą, mydło trudne było do zdobycia, opał w minimalnej ilości: 1 kg drzewa i 7 kg brykietów miesięcznie. Nie wiadomo, czy zużyć go w celu zagotowania wody [do] strawy, czy też przygrzać sobie trochę wody do mycia, żeby wszy, ta obrzydliwa i roznosząca się plaga, nie były tak dokuczliwe. (…) Wysiedlenia były (…) osobnym rozdziałem życia ghetta i bodajże najtragiczniejszym. Mimo że miejsca wysiedleń przez cały czas były dla nas wielką niewiadomą, niemniej jednak wisiały nad ghettem jak miecz Damoklesa. Nie mieliśmy żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, za czytanie gazet czy słuchanie radia groziła kara śmierci; zdarzyło się nawet kilka wypadków wieszania za to na oczach ludności i rodziny winnego. Nie wiedzieliśmy nic o istnieniu Auschwitzu czy innych obozów zniszczenia. Może wiedziały o tym jednostki, które ryzykowały, nastawiając życie, ale ogół nie znał prawdy. Jednakże faktem było, że „stamtąd” nie ma wiadomości, a co najboleśniejsze – rozdzierano bezwzględnie rodziny. Odbierano dzieci od matek, mężów od żon, kobiety od mężów i dzieci. (…) Było to 1 września 1942 roku – trzecia rocznica wojny. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu przy ul. Łagiewnickiej. Leżało tam podówczas wraz z dziećmi 430–440 chorych; oprócz tego był szpital dziecięcy – około 200 łóżek – gruźliczy i chorób umysłowych: 200–300, chorób zakaźnych 200, prewentorium około 100. Godzina 5 rano, przed wszystkie szpitale zajeżdżają auta, duże, ciężarowe, szczelnie nakryte plandekami. Obsługa aut to Rollkommando, komando zniszczenia. Ubrani w impregnowane kombinezony, gumowe rękawiczki i maski na twarzy. Zadaniem ich jest uważać, aby bezwzględnie wszyscy chorzy załadowani zostali na auta. W razie nieposłuszeństwa groziła śmierć. Ładować na auta musiał personel szpitala. Nie jestem w stanie opisać paniki, jaka zapanowała wśród chorych, kiedy dowiedzieli się, o co chodzi. Spośród wszystkich przeżyć, nawet natury osobistej, wspomnienie rozpaczy chorych największe robi na mnie wrażenie. Któż zdoła opisać wzrok błagający o życie, rozdygotane ręce, zbierające swe rzeczy. Przekonałam się wówczas, jakże silny może być zew do życia. (…) W oczach ich widać było trwogę, umęczone chorobą ciała goniły resztkami sił. W szpitalu dziecięcym wyrzucano dzieci przez okna i te w popłochu uciekały do swoich domów. Z prewentorium wypuszczono dzieci tylnym wyjściem, oprawcy zastali pusty budynek. (…) Szwedzka prasa Wydarzenia, których świadkiem była łódzka pielęgniarka Alfreda Laufer, umknęły uwadze szwedzkiej opinii publicznej. Po krótkim niepokoju Szwedzi powoli wracali do codziennych zajęć. Od samego początku wojny zajęcia w szkole odbywały się jak zwykle. Dzieci z nową energią po wakacjach uczyły się szwedzkiej geografii, wkuwały tabliczkę mnożenia, trenowały robótki ręczne i gimnastykę. Wojna była zabawą: pod numerem 119 na ulicy Birgerjarlsgatan kilkoro maluchów „bombardowało” ulicę z czwartego piętra za pomocą zrzucanych z balkonu siatek napełnionych wodą – na szczęście obyło się bez ofiar. Dorośli wykazywali nieco większe zainteresowanie – na liście książkowych bestsellerów czołowe miejsca zajmowały „wojenne” pozycje: Krok za krokiem Winstona Churchilla, 10 milionów dzieci Eriki Mann (powieść będąca krytycznym opisem nazistowskich metod wychowawczych), a na końcu podium: Czy Niemcy mogą wygrać? Ivana Lajosa, który wątpił w twierdzącą odpowiedź na zadane w tytule książki pytanie. Jedną z najpopularniejszych książek w Szwecji była „Krok za krokiem” Winstona Churchilla We wrześniu Większość szwedzkich gazet wcale nie rozpisywała się na temat prześladowań Żydów – pojawiały się tylko krótkie notatki. Niektóre napisane w optymistycznym (lub ironicznym) tonie, jak na przykład ta opublikowana w „Svenska Dagbladet” 17 stycznia 1940 pod tytułem Niemcy w Warszawie chronieni przed tyfusem: Frontowe wagony tramwajów w Warszawie zostaną zarezerwowane dla Niemców – żołnierzy i cywilów – podczas gdy miejsca siedzące dla Polaków i Żydów będą osobno wydzielone. Zarządzenie motywowane jest strachem przed tyfusem i gorączką plamistą, które panują w Warszawie, oraz faktem, że choroby te przenoszone są przez wszy znajdujące się na ubraniach. Z tego powodu jeżdżenie tramwajem tym samym wagonem co Polacy i Żydzi stanowi zagrożenie zdrowia dla Niemców. Gazeta dodała, że choć warszawskie tramwaje posiadają niewielką liczbę wagonów, „nie powinno to stanowić dużego utrudnienia dla Niemców, którzy będą musieli stać w trakcie podróży”. Inne podawały suche fakty, jak w kilkuzdaniowej notce opublikowanej 3 listopada 1941 roku w „Dagens Nyheter” pod rzeczowym tytułem Kara śmierci dla Żyda opuszczającego getto: Generalny Gubernator Krakowa Frank wydał rozporządzenie, zgodnie z którym zabrania się Żydom opuszczania utworzonego getta bez pozwolenia, pod groźbą kary śmierci. Ta sama kara spotka osoby, które świadomie będą próbować ukrywać takich »uchodźców«. Procesy będą odbywać się w ramach specjalnych sądów. Kontrola nad opinią publiczną Równie ważna była kontrola nad opinią publiczną i wzmacnianie poczucia lojalności wobec kraju. Redakcje dostawały „szare karteczki” z listą tematów, które można było opisywać, i tych, o których należało milczeć. Dziennikarze mieli między innymi unikać „sarkazmu, krzywdzących sformułowań i insynuacji”. Wiosną 1940 roku dziesiątki publikacji zostało skonfiskowanych. Zwykle powodem była krytyka Hitlera. Tydzień po tym, kiedy w Szwecji przyjęto możliwość cenzury prasy, minister sprawiedliwości Karl Gustaf Westman podkreślał w przemówieniu w pierwszej izbie parlamentu, że obywatele nie mogą traktować wojny jak „klubu dyskusyjnego”. Zgadzał się z nim Günther, który twierdził, że szwedzka prasa powinna się wstrzymać z krytyką „procesu zmian”, które zachodzą w Europie. W końcu również Per Albin Hansson, mimo wszelkich wątpliwości związanych z istnieniem cenzury w demokratycznym społeczeństwie, zgadzał się ze swoimi ministrami w tym, że lepiej trzymać społeczeństwo z daleka od „tak skomplikowanych tematów”. A sprawy były wyjątkowo skomplikowane. Na początku wojny część szwedzkiej armii podziwiała sukcesy Niemców – ich efektywność, kompetencje i odwagę, z jaką armia zajęła cały kontynent w przeciągu zaledwie kilku miesięcy. Oficerowie przyjęli więc zaproszenie niemieckiej armii na wizytę w Berlinie, w trakcie której strona niemiecka mogła pochwalić się strategicznymi sukcesami. Kiedy Niemcy tłumaczyli Szwedom efektywność Blitzkriegu, przedstawiciele szwedzkiej armii zdecydowali się założyć bardziej dyskretne czapki polowe, żeby nie rzucać się zbytnio w oczy. Im krócej nad Szwecją świeciło słońce, tym strach przed wojną był większy – szczególnie gdy sąsiednia Finlandia walczyła z sowiecką ofensywą zimą 1939 roku, a Niemcy 9 kwietnia 1940 roku zaatakowali Norwegię. Zmiana frontu? W czerwcu 1940 roku wojska norweskie poddały się, a król Håkon VII i następca tronu Olof wraz z przedstawicielami rządu szukali schronienia w Londynie. W tym samym czasie Szwecja zezwoliła niemieckiej armii na przejazdy przez swoje terytorium – pociągi transportujące niemieckich oficerów jeździły głównie nocą, by nie wzbudzać niepokoju wśród ludności. Dopiero w wyniku przerwania pasma niemieckich sukcesów na przełomie 1942 i 1943 roku rząd Szwecji powoli zmienił kurs w kierunku prozachodnim. Artykuł stanowi fragment książki Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie, która właśnie ukazała się na rynku pod patronatem Ciekawostek Historycznych Jesienią 1944 roku Szwecja zerwała stosunki handlowe z Niemcami. Jednocześnie konieczna stała się poprawa lodowatych stosunków z sąsiadami. Per Albin Hansson był zaangażowany w szkolenie norweskich i duńskich sił policyjnych na terenie Szwecji. To on otrzymał bezpośrednią propozycję przyjścia z pomocą krajom skandynawskim. Jego duński odpowiednik, pełniący funkcję premiera Wilhelm Buhl, w listopadzie 1943 roku poinformował Hanssona, że jeśli będzie to absolutnie konieczne, Dania poprosi o udzielenie pomocy militarnej, a w marcu 1945 wspominał o możliwości wystąpienia z petycją o szwedzką pomoc wojskową, by pomóc utrzymać po- rządek w Danii. Priorytetem było zachowanie równowagi w najbliższym otoczeniu. „Dlaczego nic nie zrobiono?” – zastanawiała się w tym samym czasie Anna Jachnina, urzędniczka Opieki Społecznej z Warszawy, która przyjechała do Szwecji jako uchodźczyni i przebywała w azylu w Vrigstad. Artykuł stanowi fragment książki Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie, która właśnie ukazała się na rynku pod patronatem Ciekawostek Historycznych nakładem Wydawnictwa Poznańskiego Zobacz również - To wyzwalało mnie z nastoletniej niepewności, z tego zabiegania o przynależność do grupy. Czułam jakiś rodzaj nowej siły i niezłomności, przynależność do czegoś większego niż ja. To coś, co we mnie zostało - wspomina swój pierwszy kontakt ze szwedzką naturą Katarzyna Tubylewicz Pisarka zwraca uwagę, że samotność rozumiana jako brak związku w Polsce bywa traktowana jako porażka. - Pod tym względem Szwecja jest krajem, w którym lepiej rozumie się autonomię jednostki i różnorodność ludzkich wyborów - mówi Na czym polega "bliskość poprzez dystans"? - Włoch, żeby pokazać, że mu na kimś zależy, będzie go klepał po plecach i zaprosi na huczną kolację w dużym towarzystwie. A jak twierdzi Thurfjell, w Szwecji, sposobem na bycie blisko jest zachowanie odległości Tubylewicz zauważa, że "w Szwecji już na początku pandemii zaczęto dyskutować o tym, że jest coś nieetycznego w odmawianiu osobom umierającym na COVID-19 możliwości pożegnania się z najbliższymi. Dzięki temu bliscy – oczywiście przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności – mogą odwiedzać takich pacjentów w szpitalach" Książka "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami" ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Wielka Litera Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej Karolina Walczowska: W najnowszej książce opisuje Pani samotność z dzieciństwa. Podczas spotkania autorskiego w rozmowie z Mariuszem Szczygłem mówiła Pani o samotności jedynaczki oraz specyficznej, przyjacielskiej relacji z rodzicami. Kiedy po raz pierwszy doświadczamy samotności? Katarzyna Tubylewicz: Myślę, że po raz pierwszy każdy z nas spotyka się z samotnością podczas porodu i odcięcia pępowiny - to jest doświadczenie uniwersalne dla każdego człowieka i od tego momentu poczucie oddzielenia od innych przeżywamy bardzo regularnie, bez względu na to, czy często bywamy sami w dosłownym sensie. Samotność można silnie odczuwać także w grupie. Ja byłam nieśmiałym dzieckiem i chyba najbardziej samotna czułam się, gdy znajdowałam się wśród nowych dzieci, na przykład na zajęciach angielskiego, czy na koloniach. W mojej książce opowiadam o tym, że choć mój dom rodzinny był zawsze otwarty dla moich koleżanek, lubiłam też bawić się sama, a jedną z najciekawszych form zabawy było dla mnie wyobrażanie sobie tego, w co się mogę bawić. Zawsze miałam sporą fantazję. Wielu ludzi o skłonnościach introwertycznych tak ma. W okresie dojrzewania, kiedy dla młodych ludzi rówieśnicy stają się najważniejszym punktem odniesienia w życiu także we mnie pojawiła się zwiększona potrzeba przynależności do grupy i lęk, czy na pewno znajdę w niej właściwe miejsce. Pod tym względem dojrzewanie jest strasznie męczące, zwłaszcza dla indywidualistów, bo nawet oni w wieku nastoletnim nie do końca dobrze czują się z tym, że są trochę inni od reszty. Ciekawym doświadczeniem z tego czasu był mój pierwszy wyjazd do Szwecji. W wakacje po pierwszej klasie liceum pojechałam z mamą w odwiedziny do jej przyjaciółki, która miała letni dom na wyspie Olandii, gdzie mogłyśmy żyć przez chwilę bardzo blisko natury - pełno jest tam pięknych i nawet w sezonie pustych, kamienistych plaż, bezkresnych łąk, po których hula wiatr. Na wyspie była też cisza i jakiś wyzwalający spokój. Samotnie wybierałam się na wyprawy rowerowe, sama chodziłam pływać, jeździłam oglądać wschody słońca. To wyzwalało mnie z nastoletniej niepewności, z tego zabiegania o przynależność do grupy. Czułam jakiś rodzaj nowej siły i niezłomności, przynależność do czegoś większego niż ja. To coś, co we mnie zostało. Olandia Czyli odwrotnie do Susan Sontag, którą męczyła szwedzka cisza. No tak, ale Susan Sontag poznała trochę inną Szwecję, niż ta dzisiejsza. W latach 60. to był jednak zupełnie inny kraj, choć warto dodać, że w ostrej diagnozie różnych szwedzkich neuroz, której Sontag dokonała w swoim "Liście ze Szwecji" nadal jest trochę prawdy, na przykład opisany przez nią lęk przed konfliktami. Sama przez wiele lat miałam ambiwalentny stosunek do samotności, jak wielu ludzi, bałam się jej - zastanawiałam się, co stałoby się, gdybym nie miała grupy przyjaciół, nie znalazła partnera i tak dalej. Z drugiej strony zawsze była we mnie tęsknota za tym, by pobyć sam na sam ze sobą, tęsknota za oddechem, który daje czasem tak przyjemna "osobność". W Polsce samotność traktowana jest wciąż jako życiowa porażka. Zwłaszcza samotność rozumiana jako brak związku, bycie singlem, "nieułożenie sobie życia", które jest często bardzo tradycyjnie pojmowane: "najlepiej być w związku małżeńskim, mieć dzieci, a do tego jeszcze chętnie psa i samochód". A przecież można mieć w życiu okresy pomiędzy związkami, można być singlem, ale mieć dużą grupę przyjaciół, można być w związku, ale nie mieszkać w jednym mieszkaniu, nawet w jednym mieście czy kraju, można być wreszcie osobą, która najlepiej czuje się w niezależności i nieprzynależeniu do nikogo. Pod tym względem Szwecja jest krajem, w którym lepiej rozumie się autonomię jednostki i różnorodność ludzkich wyborów. Wieczny singiel nie ryzykuje, że członkowie rodziny będą się nad nim użalali i swoim współczuciem wpychali go w przeświadczenie, że czegoś mu w życiu brak, choć sam może wcale tak nie czuje. Kiedy zaczynałam pisać książkę, miałam poczucie, że w Szwecji jest mniej lęku przed samotnością, że nie stanowi ona tabu w takim stopniu, jak w Polsce, i że większa jest szczerze wyrażana tęsknota za tym, by czasem pobyć ze sobą sam na sam, uwolnić się od oczekiwań innych. Szwedzi mają świadomość, że człowiek potrzebuje czasu na to, by nawiązać kontakt z sobą samym oraz przekonanie, że najlepiej nawiązuje się go na łonie natury. W mojej książce można znaleźć wywiad z religioznawcą Davidem Thurfjellem, który opowiada o szwedzkim poszukiwaniu duchowości na łonie natury. Szwedzi lubią więc bywać sami i 40 proc. tego społeczeństwa mieszka w jednoosobowych gospodarstwach domowych, choć nie wszyscy żyją tak permanentnie – w wielu przypadkach dzieje się tak przez jakiś okres życia. Nie ma jednak przekonania, że komuś samemu koniecznie musi być źle. W Polsce jest inaczej. Dodam jednak, że pisząc moją książkę odkryłam, że tak naprawdę w Szwecji też istnieją ukryte lęki przed pewnymi formami samotności, na przykład przed brakiem przynależności do grupy ludzi mających zbliżone do siebie wartości – Szwedzi są indywidualistami, ale są też bardzo kolektywni, wręcz stadni. Jednak na poziomie życia prywatnego samotność jest czymś, co niekoniecznie oznacza porażkę. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Visby POLECAMY: Kościół Szwecji – otwartość, tolerancja, wolność W Polsce nie mówimy także o samotności, którą można czuć nawet w grupie ludzi, o czym Pani pisze. Tak, myślę, że każdy z nas zna to poczucie, że jest wśród innych, na przykład na przyjęciu, na którym wszyscy świetnie się bawią, ale nie czuje się częścią tego, co wokół niego się dzieje, nie czuje, że ma z kimkolwiek kontakt. To może budzić jeszcze większy niepokój niż samotność wybrana, gdy człowiek chodzi samotnie po łące i zachwyca się że ma spokój a wokół jest pięknie. Szwedzka dziennikarka Malin Ekman napisała kiedyś, że najbardziej przeraża ją samotność w towarzystwie innych: "Niezdolność przebicia się. Rozmowa, której słowa nic nie pozostawiają. Bycie z pozoru części kontekstu, ale w rzeczywistości bycie poza nim". Poza tym wielu moich rozmówców zwraca uwagę na to, że formą samotności jest też brak kontaktu z samym sobą, brak samoświadomości, rozumienia swoich potrzeb i reakcji, niedobór zakorzenienia w sobie samym. Mówią o tym na przykład słynny szpieg i pisarz Vincent V. Severski oraz Peter Strang, lekarz i profesor medycyny paliatywnej. W Polsce jest sporo wielopokoleniowych domów, a poza tym większa niż w Szwecji gęstość zaludnienia powoduje, że często doświadczamy bycia w tłumie. Wspomniany przez panią Peter Strang twierdzi, że w wymiarze biologicznym wciąż jesteśmy przystosowani do przebywania w małych grupach, tłok oznacza przebodźcowanie. W Szwecji doświadcza się go rzadko, 97 proc. powierzchni kraju pozostaje niezamieszkana i nawet w szwedzkich miastach raczej nie ma tłoku na ulicach. W Polsce wszędzie jest pełno ludzi. Kiedy jestem w Warszawie lubię jeździć na rowerze po Lesie Kabackim, ale nawet tam mam czasem wrażenie, że uczestniczę w peletonie kolarskim. Jednak jak już wspomniałam, tłok wcale nie musi zmniejszać poczucia wyizolowania, które może być nawet silniejsze w tłumie. Czy w całej Skandynawii jest tak dużo międzyludzkiego dystansu? Często Polska, Rosja i Czechy są wrzucanego do tego samego worka, czego nie lubimy, chociaż... często tak samo postrzegamy kraje skandynawskie jako całość. Finlandia jest na pewno krajem jeszcze większej ciszy i jeszcze większej samotności niż Szwecja. W samej Skandynawii istnieje wiele stereotypów o milkliwych, niedostępnych Finach. Norwegia jest dość podobna do Szwecji, być może jest w niej jeszcze więcej "osobności" ze względu na demografię. Natomiast Dania wydaje się być nieco bardziej ekstrawertycznym krajem, Duńczycy uchodzą za coś na kształt Włochów Północy. Myślę jednak, że zasada bliskość poprzez dystans w dużym stopniu obowiązuje w całej Skandynawii. Co to znaczy "bliskość poprzez dystans"? David Thurfjell w mojej książce tłumaczy, że ludzie zawsze zabiegają, o to, by być akceptowanym przez innych i każdy z nas pragnie bliskości, ale to jakich metod do zdobycia akceptacji używamy zależy już od kultury, w której żyjemy. Szwedzkie kody kulturowe nakłaniają do innych form reagowania niż np. kultura włoska. Ludzie nie lubią, gdy ktoś zbyt inwazyjnie przekracza granice ich prywatności, w relacjach międzyludzkich jest więcej ostrożności, tak jakby wszystkim przyświecała idea, by nie sprawiać innym wielkiego kłopotu swoją osobą. Także dystans fizyczny, na przykład w rozmowach jest w Szwecji zazwyczaj większy niż na przykład w Polsce, a już na pewno większy niż we Włoszech. Skala samotności i wachlarz jej odcieni wydają się w Szwecji imponujące. Jedną z najbardziej skrajnych sytuacji opisywaną przez Pani rozmówców jest znalezienie ciała po trzech latach od śmierci w mieszkaniu, włosko-szwedzki reżyser Erik Gandini mówi, że właśnie o czymś takim przeczytał w gazecie. To jest ekstremum czy powszechność w Szwecji? Oczywiście, że ekstremum! Choć jednocześnie w kontrowersyjnym filmie Gandiniego "Szwedzka teoria miłości", który jest dystopijnym, kreacyjnym dokumentem przedstawiającym problem niechcianej samotności w Szwecji pojawiają się prawdziwi urzędnicy państwowi, którzy specjalizują się w poszukiwaniu krewnych i bliskich osób zmarłych w tak totalnej samotności, że nie wiadomo, co zrobić z rzeczami, które po sobie zostawili. Ze względu na pandemię koronawirusa, samotność - ta w negatywnym, wymiarze stała się na całym świecie dużym problemem. Tak, lockdowny i konieczność ograniczania kontaktów na pewno sprawiły, że wielu ludziom zaczęła doskwierać izolacja. Myślę, że jest też sporo aspektów pandemicznej samotności, o których się nie mówi. Uważam, że za mało się też dyskutuje o izolacji dzieci w wieku wczesnoszkolnym, dla nich nauka na dystans jest czymś dużo trudniejszym niż dla nastolatków. W Szwecji nigdy nie zamknięto podstawówek. Pandemia sprawiła też, że w różnych krajach różnie rozumiano kwestię solidarności. W Polsce miała polegać na tym, że okresowo wszyscy pozostają w domu, w Szwecji długo uważano, że trzeba chronić grupę narażoną na największe ryzyko, czyli seniorów, a reszta ma funkcjonować normalnie. To nie do końca się udało, zwłaszcza na początku pandemii, kiedy wirus odebrał życie wielu mieszkańcom szwedzkich domów starców. Jedna z moich bohaterek opowiada z kolei o poczuciu stygmatyzacji ludzi starszych, którzy zmuszeni byli do izolowania się w społeczeństwie, w którym wszystko w miarę normalnie funkcjonowało. Nie da się ukryć, że pandemia to taki stan, w którym nie ma szansy na to, by zachować normalność i dobre samopoczucie psychiczne. ZOBACZ TAKŻE: Polacy w Szwecji: kwarantanna uderza w jedno z podstawowych praw człowieka Czy mimo że mieszka Pani w Szwecji od dwóch dekad, praca nad książką "Samotny jak Szwed?", sprawiła, że poznała Pani Szwedów na nowo? Portret Szweda i Szwedki, który ma Pani w swojej głowie, w jakiś sposób się zmienił, czy wręcz przeciwnie - umocniła Pani swoją wizję? Myślę, że przez te dwadzieścia lat, podczas których zachowałam też, co ważne, bardzo silny związek z Polską, udało mi się zrozumieć Szwecję na tyle, że rzadko zdarza się, żeby mnie jakoś radykalnie zaskakiwała. Choć pisanie reportaży generalnie polega na tym, że pogłębia się swoją wiedzę na temat ludzi i ich sposobu myślenia, więc moja znajomość niejednoznacznej, jak każda inna dusza, duszy szwedzkiej jest na pewno większa po napisaniu kolejnej książki. Będąc osobą z dwóch światów dostrzegam zarówno wielkie różnice pomiędzy Polską i Szwecją, jak i to, że tak naprawdę nas ludzi zawsze więcej łączy niż dzieli. Mamy inne lęki, innych tematów unikamy, ale na przykład wszystkich nas łączy pewna ambiwalencja w naszym stosunku do stanu samotności w najróżniejszych jego formach. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Bohuslän A co z młodzieżą w Szwecji i ich podejściem do tematu? Obserwuje Pani swojego syna Daniela, który zresztą wykonał wspaniałe zdjęcia do książki. Jak oni podchodzą do samotności? Bardzo lubię pokolenie mojego syna. Są ciekawi i mądrzy, w podobny sposób niezależni i samostanowiący jak starsze pokolenia, ale może w jakiś sposób bardziej otwarci. Słynne szwedzkie zdystansowanie zmniejsza się bowiem pod wpływem kontaktu z innymi kulturami. Mój syn ma w sobie sporo polskiej otwartości i spontaniczności, jego szwedzcy przyjaciele też wydają mi się raczej otwarci i ciepli. To młodzi ludzie, którzy dużo w życiu już podróżowali i dla których normalnością jest obcowanie z ludźmi z innych krajów, także w Szwecji. Mam też wrażenie, że mają świadomość tego, jakie zagrożenia płyną z nadużywania mediów społecznościowych. Daniel często mówi o tym, że ciągłe wiszenie nad komórką to nowa forma alienacji. Jego dziewczyna jest Szwedką, która - w przeciwieństwie do wielu Szwedów - lubi dyskutować i się nie zgadzać – ku mojej uciesze, bo ja uwielbiam ciekawe rozmowy i ścieranie się poglądów. Mam często poczucie, że wielu rzeczy się od niej uczę. Dzisiejsze pokolenie młodych Szwedek to wnuczki pierwszych feministek, które mają zupełnie inne poczucie własnej wartości, inaczej budują związki, zresztą tak samo, jak i dwudziestoletni Szwedzi, tacy jak mój syn. Dobrze to zilustruje pewna anegdota. Daniel miał 16 lat, kiedy pojechał z kilkoma kumplami do letniego domu jednego z nich, na krótkie wakacje bez dorosłych. Ufam mu, więc nie denerwowałam się, że będą robić coś głupiego, ale byłam w pozytywnym szoku, kiedy Daniel przysłał mi SMS-em kilka zdjęć, na których razem z kolegami zajmowali się pieczeniem ciasta z kruszonką. Wcześniej pływali, szaleli, a potem upiekli sobie ciasto. Razem, chłopaki na wakacjach. Myślę, że mało w tym poczucia samotności, a bardzo dużo fajnej, nowoczesnej męskości i współpracy. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Daniel Tubylewicz - syn Katarzyny Tubylewicz i autor zdjęć do jej najnowszej książki Podobno młodzi Szwedzi wcześniej zakładają rodziny... W mojej książce mówi o tym pisarka Therese Bohman, która sama należy do pokolenia, które z zakładaniem rodziny czekało do później trzydziestki. Therese zwraca jednak uwagę na komercyjny charakter tej zmiany, która tak naprawdę nie musi tyczyć się całego społeczeństwa. Opowiada o influencerkach, które w wieku dwudziestu paru lat rodzą dzieci, a potem chwalą się na Instagramie idealnym życiem rodzinnym. Myślę, że to raczej pewien trend, a nie znacząca zmiana społeczna. Mam wrażenie, że dzieci w Szwecji znacznie szybciej dorastają: wakacyjna praca już w nastoletnim wieku, samodzielne mieszkanie, poczucie odpowiedzialności wobec państwa - "dostałem pomoc, to teraz muszę ją odpracować". Faktycznie tak jest? W Szwecji obowiązuje model wychowywania dzieci, w którym z jednej stronie poświęca się najmłodszym ogromnie dużo czasu i ma się dla nich od najmłodszych lat dużo szacunku, a z drugiej strony wierzy się w ich kompetencję i samodzielność. Szwedzkie przedszkolaki szybciej radzą sobie z samodzielnym wiązaniem sznurowadeł od przedszkolaków polskich, a nastolatkowie poświęcają część wakacji na zarabianie pieniędzy. Przykładowo mój syn w wieku 15 lat pracował podczas wakacji w domu starców na oddziale dla osób z demencją i... uwielbiał to. Może dlatego, że jest osobą bardzo empatyczną. Poza tym miał być po prostu towarzystwem dla mieszkańców, chodził z nimi na spacery i grał w różne gry planszowe. Było to możliwe dzięki gminie, która co roku oferuje młodym ludziom wakacyjne prace, czyli nawet w takich sprawach można liczyć na pomoc "opiekuńczego państwa". Szwedzcy maturzyści często przed rozpoczęciem studiów pracują pół roku w kasie sklepu spożywczego, a potem za zarobione pieniądze podróżują po całym świecie. Przyjaciółka mojego syna zdążyła przed pandemią polecieć sama na kilka miesięcy na Kubę, żeby uczyć się tam tańczyć. Dodam, że bardzo słabo znała hiszpański i nie miała na Kubie żadnych znajomych. Poradziła sobie ze wszystkim sama, dziewiętnastolatka. Gdzie w tej całej samotności szwedzkiej jest miejsce na prawdziwą miłość? Czy może właśnie, prawdziwa miłość to ta wolna od wspólnych zobowiązań: kredytów, domu, samochodu? W Szwecji w latach 70. socjaldemokraci wprowadzili indywidualne opodatkowanie małżeństw, które zreformowało myślenie o rodzinie. Dyskutowano wtedy sporo o tym, czym jest miłość i związek. Ciekawie o tym piszą Henrik Berggren i Lars Trädgårdh, autorzy książki "Czy Szwed to człowiek?", których zdaniem w Szwecji żywe jest wyobrażenie o miłości czystej, która zbudowana jest na uczuciu, a nie na wzajemnym uzależnieniu. Można więc powiedzieć, że ci "zimni Szwedzi" są romantykami Europy, ponieważ postrzegają małżeństwo przede wszystkim jako związek uczuciowy, a nie jako podstawową instytucję społeczną, której celem jest wychowanie dzieci. Dodam, że szwedzcy rodzice wspaniale wychowują dzieci także po rozwodzie, są od tego na pewno wyjątki, ale szwedzką normą jest dzielenie się opieką nad dziećmi po połowie. ZOBACZ RÓWNIEŻ: Katarzyna Tubylewicz w mocnych słowach o krytyce szwedzkich regulacji dotyczących pandemii Wprowadzenie indywidualnego opodatkowania małżeństw wpłynęło na to, jak Szwecja wygląda dzisiaj. Absolutna większość Szwedek jest aktywna zawodowo - prawie 80 procent pracuje, to najwyższy procent zatrudnienia kobiet w całej UE. To co także wyróżnia Szwecję to fakt, że w centrum zainteresowania szwedzkiego państwa opiekuńczego nie jest rodzina, jak w Polsce czy Niemczech, ale jednostka. Poza tym, rodziny w Szwecji mogą mieć różny kształt i zawsze mają te same prawa: tęczowa rodzina nikogo tutaj nie dziwi… Jaki jest przepis na udaną relację ze Szwedem? Myślę, że nie ma takiego przepisu podobnie, jak nie wiem, jaki jest przepis na udaną relację z Polakiem. Za to w budowaniu nowych znajomości w Szwecji pomaga branie udziału w jakichś kursach, zajęciach, zapisanie się do dyskusyjnego klubu książki lub na zajęcia wspinaczki. Sama mam sporo przyjaciół z jogi, którą praktykuję od wielu lat. Łatwiej też o nowe znajomości, gdy ma się małe dzieci, które często bawią się z innymi dziećmi po przedszkolu czy szkole. A jeśli szuka się flirtu czy miłości, to jak w wielu krajach chyba najłatwiej to robić na różnych internetowych portalach randkowych itp. W Szwecji króluje też z tego, co wiem Tinder, pomaga w przełamaniu pierwszych lodów. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Fårö Gdzie i jak turysta może doświadczyć szwedzkiej samotności? Właśnie w tych malowniczych miejscach, które także Pani opisuje w książce, a może gdziekolwiek w Szwecji, bo przecież zaledwie 3 proc. terenu tego kraju jest zamieszkane. Nawet jeśli jesteśmy w Sztokholmie, wystarczy wsiąść na prom i popłynąć na którąś wyspę Archipelagu Szwedzkiego, a jest ich kilkadziesiąt tysięcy, więc wybór jest ogromny. Ja uwielbiam wyspę Utö, która jest zupełnie zjawiskowym miejscem: lasy, skały, turkusowy kolor morza jak w Grecji i mnóstwo terenów do jazdy na rowerze. Poszukując krajobrazów samotności jeździliśmy z Danielem po całej Szwecji. Odwiedzaliśmy też miejsca, w których w sezonie bywa dużo ludzi, ale wybieraliśmy taki czas, kiedy panowała tam pustka W ten sposób Daniel zrobił świetne zdjęcia na wyspie Fårö, na której mieszkał i tworzył przez wiele lat Bergman i na sąsiadującej z nią, dużo większej Gotlandii, którą Szwedzi chętnie odwiedzają latem, ale my wybraliśmy się tam w styczniu. Inna rzecz, że w Szwecji nawet w pełnym letnich turystów kurorcie zawsze znajdzie się kawałek pustej plaży i dużo przestrzeni do samotnych spacerów. Bardzo malownicze są regiony Skanii, ja uwielbiam Österlen, krainę, w której mieszka wielu artystów i pisarzy, często nazywaną szwedzką Prowansją. Pełno tam przepięknych łąk, pól, łagodnych wzniesień i zapierających dech w piersiach nadmorskich widoków. Bardziej dramatyczną naturę można znaleźć na zachodnim wybrzeżu Szwecji w Bohuslän. Polecam zwłaszcza okolice miasteczka Smögen. Warto dodać, że byliśmy z Danielem w naszych podróżach spontaniczni, często zmienialiśmy trasę i kierunek, a część niezwykłych zdjęć Daniel zrobił nad jeziorem koło naszego domu w podsztokholmskiej Nacka. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Österlen *** Katarzyna Tubylewicz - pisarka i tłumaczka literatury szwedzkiej. Autorka głośnego zbioru reportaży o współczesnej Szwecji "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie" oraz bestsellerowego przewodnika "Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą". Jej ostatnia książka "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami" ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Wielka Litera Wydawać by się mogło, że kawę zamówić umie każdy, bo przecież nie ma w tym żadnej filozofii. Jednak w Grecji ta filozofia jest, więc nawet zamawianie i picie kawy rządzi się swoimi prawami. Czytajcie dalej, jeśli chcecie się dowiedzieć jakimi. Kultura kawy Źródło: W Grecji kawę pije każdy i o każdej porze. Przed śniadaniem, po śniadaniu, w przerwie na papierosa, po obiedzie i po kolacji, podczas oglądania meczu i podczas dyskusji politycznych. Grecy spożywają średnio 5,5 kg kawy rocznie i, mimo że nie należą do czołówki narodów spożywających najwięcej kawy (są aż na 15 miejscu), jest to ich ulubione codzienne zajęcie. Od samego rana na ulicy można zobaczyć Greków idących do pracy z papierowym kubkiem kawy w ręku. Po obiedzie przychodzi czas na kolejną kawę, a po pracy spotykają się ze znajomymi w kawiarniach, gdzie znowu wypijają kawę. Charakterystyczne jest zaproszenie do wspólnego wyjścia słowami Πάμε για καφέ; /pame ja kafe/, czyli Idziemy na kawę? Gdzie wypić kawę? Źródło: Tradycyjną kawę grecką, czyli ελληνικός καφές /elinikos kafes/ najlepiej wypić w καφενείο /kafenijo/. Jest to miejsce spotkań mężczyzn, głęboko zakorzenione w tradycji greckiej. W takim lokalu podawana jest głównie kawa i alkohol, przy których mężczyźni rozprawiają o życiu, o polityce i o piłce nożnej. Kobiet tam się raczej nie spotka. Kαφετέρια /kafeteria/ to nowoczesna kawiarnia, w której serwuje się wszelkie odmiany kawy popularne w całej Europie, np. espresso, cappuccino, kawę rozpuszczalną – στιγμιαίος καφές /stighmieos kafes/, kawę z filtra – καφές φίλτρου /kafes filtru/ lub γαλλικός καφές /ghalikos kafes/ oraz inne bardziej nowoczesne wynalazki jak macciato, freddoccino itp. Na pewno warto spróbować typowo greckich wynalazków jakimi są φραπέ /frape/ i freddo, które opisuję poniżej. Popularne jest kupowanie kawy na wynos – στο χέρι /sto hieri/ i delektowanie się nią podczas spaceru po mieście lub na plaży. Elinikos kafes (kawa grecka) Kawa grecka to nic innego jak kawa turecka, która pojawiła się w Grecji w okresie okupacji tureckiej. Grecy, aby zatrzeć jakikolwiek związek tej kawy z Turcją, nazwali ją grecką i było po kłopocie. Kawę grecką przygotowuje się z drobno mielonej, czarnej kawy, którą parzy się w specjalnym tygielku – μπρίκι /briki/. Podczas przelewania kawy do filiżanek tworzy się na wierzchu pianka zwana καϊμάκι – /kajmaki/. Jeśli pianka się nie wytworzy, oznacza to że kawa nie została zaparzona w prawidłowy sposób lub jakość ziaren kawy jest wątpliwa. Żeby zobaczyć jak się parzy kawę grecką, polecam obejrzeć ten filmik od specjalisty do kawy greckiej. Kawę podaje się w małych filiżankach, ale nie oznacza to, że pije się ją na raz. Wręcz przeciwnie. Taką kawę pije się przez wiele godzin, co idealnie wkomponowuje się w grecką filozofię życia σιγά σιγά /sigha-sigha/, czyli powoli, bez pośpiechu. Ciekawostka: dawniej w Grecji mówiło się, że jeśli dziewczyna potrafi zaparzyć idealną kawę po grecku, jest dobrym materiałem na żonę. Frappe Źródło: Kawa mrożona frappe została wymyślona przypadkowo, ale szybko wkradła się w serca Greków, zwłaszcza tych młodszych. Frappe przywodzi na myśl lato i długie przesiadywanie w kawiarni na świeżym powietrzu. Frappe jest bardzo prosta do przygotowania: wystarczy ubić specjalną kawę rozpuszczalną i cukier z odrobiną wody, żeby powstała gęsta piana, następnie dorzucić kostki lodu, dolać wody i ewentualnie mleko. Żeby urozmaicić smak kawy, można dodać gałkę lodów waniliowych – παγωτό βανίλια /paghoto wanilia/ lub dolać kilka kropel likieru Baileys. Freddo Źródło: W ostatnich latach do Grecji zawitała moda na espresso. Żeby jednak nie było tak pospolicie, Grecy wymyślili własny napój na wzór frappe. I tak w Grecji zamówimy freddo espresso i freddo cappuccino. Freddo espresso to espresso z kostkami lodu, a freddo cappuccino – to samo co espresso, ale z dodatkiem gęstej pianki z mleka – αφρόγαλα /afroghala/. Podobnie jak frappe, freddo jest idealne na lato. No dobrze, ale jak w Grecji zamówić kawę? Podczas zamawiania kawy musimy od razu powiedzieć, czy chcemy do niej dodać cukier i mleko. W tym celu przyda się kilka zwrotów. W zależności od tego, ile słodzimy powiemy: ένα καφέ σκέτο /ena kafe sketo/, czyli poproszę kawę bez cukru ένα καφέ μέτριο /ena kafe metrio/, czyli poproszę kawę średnio słodką, zazwyczaj z jedną łyżeczką cukru ένα καφέ γλυκό /ena kafe ghliko/, czyli poproszę kawę słodką, zazwyczaj z dwiema łyżeczkami cukru (słowo kafe zastąpimy odpowiednim rodzajem kawy, którą chcemy zamówić). Jeśli pijemy kawę z mlekiem, do powyższych zwrotów dodamy με γάλα /me ghala/, a bez mleka – χωρίς γάλα /horis ghala/. Kawę grecką pije się bez mleka, a freddo z samej definicji jest z mlekiem lub bez. Więc tak naprawdę mleko możemy dodać do frappe lub kawy na gorąco (rozpuszczalnej lub z filtra). W takim razie, gdy kelner się Was spyta Tι θα πάρετε /ti tha parete/, odpowiecie np. Ένα φραπέ μέτριο με γάλα /ena frape metrio me ghala/, czyli frappe średnio słodką z mlekiem, albo Ένα freddo cappuccino γλυκό /ena freddo cappuccino ghliko/, czyli freddo cappuccino słodkie. Stin ija sas Skoro już wiecie, jak zamówić kawę, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam na zdrowie – στην υγειά σας /stin ija sas/! Jeszcze tylko jedna ważna informacja na koniec: nigdy nie wznosimy toastu szklanką z kawą. Podobno przynosi to nieszczęście, z tego względu że kawa jest napojem podawanym również na pogrzebie. Smakują Wam greckie kawy? Którą lubicie najbardziej? Dajcie znać w komentarzu. Höga Kusten, czyli Wysokie Wybrzeże, to rejon Szwecji leżący nad Zatoką Botnicką, pomiędzy miastami Härnösand na południu, Örnsköldsvik na północy oraz Kramfors na zachodzie. Powstało ono 20 tysięcy lat temu, gdy pokrywa lodowa pokrywająca Skandynawię zaczęła topnieć i zanurzony teren zaczął się podnosić. Wybrzeże w czasie ostatnich 400 lat podniosło się o prawie 60 metrów i nadal się podnosi. W wyniku tego krajobraz cały czas się zmienia. Powstają nowe wyspy oraz zamykają się zatoki tworząc jeziora. W 2000 roku Höga Kusten zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Przyrody UNESCO jako najwyższa na świecie linia brzegowa powstała po ostatnim zlodowaceniu. Mimo, że wydaje się, że Höga Kusten to daleka północ, jest to tak na prawdę dopiero polowa długości Szwecji. Właśnie ta część wybrzeża była naszym docelowym punktem tegorocznych wakacji. Spędziliśmy tam całe 4 dni eksplorując zarówno przyrodę, jak i dostępne muzea. 4 dni to może nie dużo, ale i tak zdążyliśmy zrobić kilka fajnych wycieczek, o których opowiem Wam poniżej. Park Narodowy SkuleskogenO Parku postanowiłam napisać osobny post, bo było to moje ulubione miejsce i główna atrakcja Höga Kusten. Park leży na samym wybrzeżu, jego najsłynniejszy punkt to Slåttdalsskreven, czyli dramatyczny wąwóz, do którego możemy dojść pomarańczowym szlakiem z wejścia południowego albo północnego. Nad wąwozem wznosi się majestatyczny szczyt Slåttdalsberget, z którego można podziwiać piękną panoramę na morze i okoliczne wyspy. Jeżeli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z tego pięknego miejsca i poczytać trochę więcej o Parku, zajrzyjcie TU. Slåttdalsskreven Widok z Slåttdalsberget SkulebergetTo najwyższy szczyt na Höga Kusten, który ma 286 m Można się na niego dostać w łatwy sposób nową kolejką krzesełkową, albo oczywiście wejść jednym z wyznaczonych szlaków. My wybraliśmy szlak niebieski (Höga Kusten stigen – Södra Bergsstigen) prowadzący z FriluftsByn (parking to koszt 20 SEK za cały dzień). Droga na górę to ok 2,5 km, a nam jej pokonanie zajęło 1,5 godziny. Szlak jest stromy i na pewno nie każdy da radę. Na dół schodziliśmy Linbanestigen, czyli trasą wyznaczoną zaraz pod wyciągiem. Trochę pobłądziliśmy, więc zeszło nam znacznie dłużej niż myśleliśmy 🙂 Trasa oficjalnie to ok 1,5 km do dolnej stacji kolejki, a potem jeszcze 800 m drogą do parkingu. Alternatywnie na szczyt można wejść trasą od północy (Östra Bergsstigen), która ma podobną trudność i długość do naszej albo bardzo stromym szlakiem zwanym Grottstigan (1 km), który zaczyna się zaraz przy Naturum. Stamtąd prowadzi na szczyt również Via Ferrata, czyli typowa trasa wspinaczkowa z profesjonalnym sprzętem. Na szczycie Skuleberget są 2 chatki: jedna, w której możemy zjeść własny prowiant, a druga, zwana Toppstuga, to niewielki bar, gdzie możemy zjeść pyszne gofry (mają również ciepłe dania i różne ciasta). „Leśna kołyska” Toppstugan na szczycie Skuleberget Widok ze szczytu NorrfällsvikenNorrfällsviken to zatoka, niewielki port leżący nad nią oraz rezerwat przyrody o tej samej nazwie. Nad zatoką położony jest bardzo popularny camping, więc jeżeli ktoś z Was wybiera się na Höga Kusten z przyczepą albo namiotem, to polecamy ze względu na położenie. My do rezerwatu Norrfällsviken pojechaliśmy na popołudniowy spacer oraz wieczorne ognisko nad morzem. Na początku mieliśmy trochę problem z parkingiem, bo wg Google parking znajdował się już na terenie campingu. Na szczęście pozwolono nam wjechać i zaparkować tam, gdzie chcieliśmy bez problemu. Z parkingu zrobiliśmy sobie spacer o długości ok 1,5 km do Skvalpudden. Trasa nie jest bardzo wymagająca, z wyjątkiem zejścia po skałach już przy morzu. Zaledwie po 300 m od parkingu jest miejsce na ognisko nad małym jeziorkiem. My doszliśmy na wybrzeże, gdzie był domek (zwany Eldstuga), w którym można zrobić ognisko. My uznaliśmy, że domek nie jest do końca przytulny, więc zorganizowaliśmy własne ognisko na skalach. Na szczęście co kawałek miedzy skałami zbiera się woda, więc nie było problemu z jego ugaszeniem. W rezerwacie są wyznaczone oczywiście też inne szlaki, ale dla nas ten krótki spacer i ognisko na skałach było idealnym zakończeniem dnia. RödklittenRödklitten to punkt widokowy położony niedaleko Nordingrå, czyli miejscowości, w której nocowaliśmy. Ewidentnie na szczyt można wejść z dwóch stron: z Sund (łatwiejszy szlak) albo stromą ścieżką z Mädan. Muszę przyznać, że o tej łatwiejszej dowiedziałam się dopiero pisząc post na bloga 🙂 Tak więc, jak się domyślacie, szliśmy ścieżką z miejsca, gdzie stoi tablica informacyjna w Mädan. Wg oznaczeń trasa ma 700 m, ale nam telefony naliczyły min 1200 m. Trudno powiedzieć z czego wynika tak duża różnica pomiarów… Po drodze można zboczyć z trasy i przejść się dodatkowe 200 m do skalnej groty. Trasa jest stroma i wymagająca, ale widok z góry zapiera dech w piersiach. Gabrysia mówi, że był to najfajniejszy hiking jaki zrobiliśmy 🙂 A Adaś był jak zawsze naszym przewodnikiem, szukającym szlaku. Widok z Rödklitten StortorgetStortorget oznacza dosłownie Rynek Główny. Tak właśnie nazwano jeden z punktów widokowych w okolicy Nordingrå. Szczyt ma wysokość 135 m npm, a trasa na niego zaczyna się za muzeum Mannaminne (opis poniżej). Szlak ma jedynie ok 500 m, a pokonanie go zajęło nam 15 min. Jest stromo, ale po drodze są ławeczki, na których można odpocząć, a widoki piękne 🙂 Wejście na Stortorget był naszym pierwszym krótkim podejściem w góry i testem dla dzieci. Dużym plusem o tej porze roku, były wszechobecne jagody, które bardzo pomagały nam w marszu 🙂 Widok z Stortorget Höga Kusten BronJadąc na Höga Kusten nie sposób nie przejechać słynnym wiszącym mostem. Jadąc na północ, zaraz po zjeździe z mostu jest punkt widokowy i centrum informacji. Jest też plac zabaw, ale jakoś nie dotarliśmy, bo nasze dzieci wyjątkowo nie chciały współpracować, kiedy się tam zatrzymaliśmy 🙂 MannaminneTo bardzo specyficzne miejsce. Muzeum, ale trudno do końca powiedzieć czego. Mamy tam stare wagony kolejowe i tramwajowe, jest samolot wojskowy, kapsuła podwodna… Jest „Muzeum techniki” ze starymi autami, „Muzeum morskie” ze starymi łodziami, „Muzeum biurokracji”, gdzie znajdziemy stare maszyny do pisania, komputery i telefony, jest Muzeum sztuki, jest Dom Muzyki, Dom Węgierski… długo by wymieniać. Totalnie wszystko i nic. Z jednej strony uporządkowany śmietnik, a z drugiej masa ciekawych przedmiotów. Całość jest zorganizowana na całkiem sporym terenie, budynków mniejszych i większych jest bez liku 🙂 Dzieciom się podobało!Bilety 150 SEK, dzieci za darmo. Na terenie muzeum jest cafeteria. Muzeum samochodów w HärnösandJeżeli podczas pobytu złapie Was deszczowa pogoda, dobrze mieć plan B. Muzeum samochodów w Härnösand będzie idealną opcja na gorszą pogodę. Muzeum reklamuje się jako największe w Szwecji. Perełka nie tylko dla fanów motoryzacji! Nawet nasze dzieci były zainteresowane, mimo że nie można było wsiadać do większości 120 SEK; nastolatki 15-17 lat 50 SEK, dzieci za darmo. Na miejscu jest niewielka cafeteria. Murberget friluftsmuseum & Västernorrlands muzeum w HärnösandJeżeli już jesteśmy w Härnösand, to warto zajrzeć choć na chwilę do Murberget friluftsmuseum, czyli po prostu Skansenu. Całość podzielona jest na kilka części: miasto, wieś, kościół, las… a tam możemy oglądać zabudowania związane z daną tematyką. Można też zagrać w stara wersję kręgli 😉 Zaraz obok znajduje się Västernorrlands muzeum, czyli muzeum regionu, w którym się znajduje. Jest też sala zabaw i cafeteria. Muzeum jest darmowe. Inne ciekawe miejscaZaraz na południe od miejscowości Ullånger znajdziemy Mjälloms Tunnbröd AB, czyli najstarszą w Szwecji piekarnię płaskiego chrupkiego chleba. W lokalnym sklepiku oprócz Tunnbröd, możemy kupić tez inne delikatesy, jak ser czy wędliny. W samym Docksta znajdziemy Jeltsjes Chokladpraliner, czyli lokalną manufakturę pralin oraz sklep fabryczny z butami Docksta Sko. Ich obuwie to głównie ręcznie robione chodaki i inne podobne wsuwane buty w kosmicznych cenach, ale może Was zainteresują 🙂 Höga Kusten – rady praktyczneTak jak pisałam wcześniej, nocowaliśmy w miejscowości Nordingrå, która ze względu na swoje położenie, była dobrym miejscem wypadowym do zwiedzania. Poza tym w Nordingrå jest sklep, pizzeria, mini skansen, plac zabaw, a nawet lodowisko i kręgielnia! Ale naszego noclegu Wam nie polecimy. Był to mały domek znaleziony przez Air B&B, na prawdę skromy, a czystość pozostawała trochę do życzenia. Szukając noclegu w tych okolicach musicie się nastawić, że znalezienie czegoś na ostatnią chwilę jest praktycznie niemożliwe. Infrastruktura turystyczna jest bardzo słaba. Porządny hotel jest chyba jeden. Najlepszym rozwiązaniem jest prawdopodobnie camping, ale domki są już wysprzedane na wiele miesięcy do przodu. No chyba, że przyjedziemy na Höga Kusten poza sezonem albo camperem 🙂 Tak samo nie liczcie na uniesienia kulinarne w tych okolicach. Barów czy restauracji jest jak na lekarstwo i zazwyczaj jest to lokalna pizza/kebab. My przez większość czasu, żywiliśmy się sami. Nordingrå Aby dotrzeć w ten odległy kawałek Niemiec, trzeba jechać autem od 9 do 11 godzin. Podróż pociągiem zajmuje około 15 godzin, zaś autobusem około 12 godzin. Błogosławieństwem był więc godzinny lot z Krakowa do Hamburga, podobnie jak ten z Krakowa do Szczecina trzy lata temu. Potem jedynie trzy godziny pociągiem i człowiek jest na miejscu, w Rostock, nad niemieckim Bałtykiem, u siostry i szwagra. Nie wiem, czy znam kogokolwiek, kto nie jest naszym wspólnym znajomym, kto w to miejsce dotarł albo o nim słyszał. I dlatego chciałem o tym miejscu opowiedzieć. W Polsce oczy szczypią. To syndrom o którym pisał Filip Springer w „Wannie z kolumnadą”. Bolą od nadmiaru reklam wszelkiej maści, od chaosu architektoniczno-krajobrazowego. Szczególnie bolą zaś nad polskim morzem, tak bardzo ukochanym przez nas wszystkich. Jakkolwiek nieprzewidywalna byłaby bowiem pogoda nad naszym wybrzeżem, Polak ma sentyment, Polak ma potrzebę. Być nad Bałtykiem choć raz w roku to dla wielu luksus, dla niektórych to sentyment. Dla mnie Morze Bałtyckie jest sentymentalne na wskroś, piękne na swój sposób, bogate, bo przytulone do tylu krajów o różnej historii i kulturze. Być nad Bałtykiem to rzecz miła, nie musi to być Bałtyk nasz, może być obcy, jak rok temu w Szwecji, albo jak przed chwilą, w Niemczech Wschodnich. Purysta geograficzny poprawi mnie i przypomni, że to raczej Niemcy północne, ale nie, dla mnie to nie północ, chłodna i purytańska. Północ to może być norweska albo szwedzka, no może jeszcze fińska. To tutaj to Wschód na wskroś oswojony, bo jeszcze niedawno socjalistyczny. Ten, kto świadom historycznych uwarunkowań, wybierze się w te okolice, stwierdzi, że Niemcy to kraina swojska. Jeśli zaś pojedzie potem do Szwabii czy Bawarii nie uwierzy, że wciąż przebywa w tym samym kraju. Dlatego właśnie lubię tą wschodnią, acz północną półkulę Niemiec. Do Rostock, po trzyletniej przerwie, przyciągnął mnie ślub mojej drogiej siostry, rzecz, jak widać, niezwykle prywatna. Zastanawiałem się więc, czy oprócz mnie, oprócz rodzin innych Polaków tam mieszkających, ktoś tam jeszcze naprawdę dociera? Okazuje się, że owszem, docierają tam narody całego świata, i niekoniecznie mowa tutaj o emigrantach politycznych, czy zarobkowych. Rostock,wraz ze swoją malowniczą portową częścią w Warnemünde, to jeden z głównych portów, do których zawijają gigantyczna wycieczkowce a także promy pływające non stop między Meklemburgią a Szwecją, Danią, Norwegią i pozostałymi krajami w basenie Bałtyku. Dla tych, którzy przypadkiem lub przejazdem, przemierzać będą Meklemburgię, postanowiłem napisać ten tekst. Historia tego miejsca sięga daleko. Jedno z miast Hanzy, potężnej organizacji handlowej portowych miast północnej Europu. Jednak w tej nowszej historii, za czasów Rzeszy, umiejscowiono tam potężny przemysł, część machiny wojennej, która produkowała samoloty Heinkel. Rostock, posiadając ogromne zakłady produkcyjne tej firmy, stał się jednym z głównych celów alianckich bombardowań, które obróciły to miejsce w proch. Nie miało ono wielkiego szczęścia jeśli chodzi o odbudowę. Będąc częścią Niemieckiej Republiki Demokratycznej, stało się wielkim placem budowy, gdzie oprócz zabytkowej starówki, odbudowanej tylko częściowo, swój dom znalazła cała masa socjalistycznych perełek. Mimo to, nie jest to miejsce brzydkie i bezpłciowe, wręcz przeciwnie, Rostock i okolice potrafią zachwycić i sprawić, że człowiek naprawdę odpocznie, a może nawet umrze. Ale o umieraniu potem. Rostock to największe miasto Meklemburgii z jednym z najstarszych, założonym w 1419 roku, uniwersytetów na świecie. Warto wpaść na chwilę na stare miasto, w okolice Neuer Markt. Ostało się tam sześć budynku w stylu Hanzy, resztę odbudowano po wojnie w uproszczonym stylu. Położony tuż obok rynku kościół Mariacki to jeden z symboli miasta, do którego warto wejść choćby tylko po to, by zobaczyć astronomiczny zegar Hansa Düringera. Z tych okolic większość odwiedzających miasto rusza w spacer po głównej handlowo-turystycznej ulicy miasta – Kröpeliner Straße. Dochodząc do mniej więcej połowy tej ulicy, na placu uniwersyteckim, warto skręcić lekko w lewo i odpocząć z dala od tłumów w uroczym zaułku tuż za najstarszym kościołem miaste – Nikolaikirche. Jednak dla mnie zupełnie inna, najdalsza i najbardziej północna część Rostocku, stanowi jego największą atrakcję. Do tego miejsca przyjeżdża się, aby umrzeć – powiedział do Madzi młody chłopak z Lipska siedzący obok nas w przyjemnej restauracji na uboczu Warnemünde, kurortu na północnym krańcu miasta. Rzeczywiście, ludzie w naszym wieku stanowią tam swoiste, bardzo dziwne, odstępstwo od reguły. A regułą jest widok niemieckiego emeryta, przeplatany czasem przybyszami ze statku, którzy port w Warnemünde znają jako bramę do oddalonego o 2-3 godziny drogi Berlina. Gdzie możemy wrzucić kartki do skrzynki pocztowej? – pytamy panią w księgarni – Po drodze do statku jest skrzynka – odpowiada. Ale my nie ze statku – odpowiadamy obserwując zdziwioną minę i uśmiech – Przepraszam, tutaj wszyscy są ze statku. Skrzynka jest koło kościoła, zaraz za rogiem – wskazuje sprzedawczyni. Warnemünde jest moją ulubioną częścią Rostock. Świetnie połączona z centrum miasta kolejką (Sbahn) oraz szeroką autostradą miejską, którą ciągnie sznur samochodów w każdy letni weekend. Ta, mająca niewiele ponad osiem tysięcy mieszkańców, osada, stała się kurortem dosyć nagle i niedawno, gdy w XIX wieku z wioski rybackiej, przeistoczyła się w miejsce wypoczynku. Zamykając za sobą rozdział stoczniowy, zaprzestając koncentracji na gospodarce produkcyjnej, Warnemünde skierowało się ku turystyce. Ściągając do swojego portu wielkie firmy wycieczkowe, stało się najważniejszym portem Niemiec jeśli chodzi o statki pasażerskie. Ważniejszym, choć skoncentrowanym na towarach, jest tylko Hamburg. Przyjeżdżając do tego miejsca kolejką, niejako naturalnie, za tłumem, przekraczając jedynie mały mostek nad starym ujściem rzeki Warnow, wkracza się na urokliwą portową alejkę am Strand. Większość przyjezdnych po przejściu mostu skręci w prawo, podąży wzdłuż sklepów w kierunku latarni i miejskiej plaży, jednak jeśli na chwile poskromić naturalną miłość do wody i piasku i skręcić w lewo, trafia się na urocze uliczki najstarszej części Warnemünde. To zaledwie kilkadziesiąt metrów, a zdają się one skutecznie ukryte przed tabunami turystów. Spacerowaliśmy po nich z tatą Johannesa i za każdym razem śmiał się na myśl, jak malutkim miejscem była ta miejscowość jeszcze kilkadziesiąt lat wstecz – Wchodzimy w tą uliczkę, idziemy do końca, o tam. Właśnie tam kończyło się kiedyś Warnemünde. Cisza i spokój chyba najbardziej oddają istotę tego miejsca. Absolutnie nikt się tu nie spieszy, nie ma nachalnej obwoźnej sprzedaży, jest stylowo, czysto, na wskroś niemiecko. Choć nie aż tak jak na południu, gdyż ciągle należy pamiętać, że to byłe Niemcy Wschodnie! Większość spaceruje więc po ulicy am Strom, jednak to, co najładniejsze, najbardziej urocze i spokojne, schowane jest dokładnie równolegle do am Strom, za budynkami, na Alexandrinenstrasse. Nie ma znaczenia, gdzie człowiek pójdzie, prędzej czy później trafi na plaży. Plaża miejska w Warnemünde to miejsce niezwykle przyjemne. Przez całe lata istnienia Niemiec Wschodnich, wszystkie plaże w tej części Bundesrepubliki, były plażami dla nudystów. W zasadzie każdy Niemiec i Niemka z północy to nudysta, gdyż ci wyluzowani, otwarci na świat ludzie, nie czują skrępowania faktem, że wszystko widać. Nie ma tej naszej wstydliwości i bogobojności, która nakazuje nam odpowiedni ubiór. To właśnie z naszego powodu, z powodu tych wszystkich bogobojnych nacji przybywających do Rostock, na głównej plaży miejskiej zarządzono, iż należy wypoczywać, kąpać się i opalać jedynie w stroju kąpielowym. Wszystkie pozostałe plaże to miejsca, gdzie bez problemu można rozłożyć się jak nas Pan Bóg stworzył. Ale chyba to, co najbardziej zwróciło moją uwagę w tym sezonie letnim to brak czegoś bardzo charakterystycznego dla Polski… parawanów. Nikt tu nie przychodzi o piątej rano, by zajęć (zagrodzić) swoje miejsce. Nikomu nie przeszkadza obecność innych. W ciągu dnia na plaży leżą turyści, popołudniu przychodzą na nią mieszkańcy. Około szóstej-siódmej nie ma już praktycznie nikogo, pozostaje cisza i szum fal. Jednym z symboli tego miejsca jest najstarsza latarnia zbudowana w 1897 roku. Warto wejść na jej szczyt (2 euro) dla wspaniałego widoku okolicy. Tuż obok znajduje się z kolei jeden z przykładów socjalistycznej architektury – Teepot. Zbudowany w stylu Bauhaus przed wojną, potem zburzony przez nazistów i odbudowany w latach 60. ubiegłego wieku, dziś jest domem dla wielu nadmorskich restauracji. Drugi najlepszy widok na okolicę znajdziemy w charakterystycznym, najwyższym budynku w okolicy. Hotel Neptun i Sky Bar na osiemnastym piętrze to absolutna i totalna geriatria, gdzie nawet poziom klimatyzacji ustawiony jest pod przebywających w hotelu staruszków na niemieckich emeryturach (nikogo innego nie stać na to miejsce), a jednak serwuje się tam przepyszne kawy i ciasta, które w tych okolicznościach przyrody smakują po prostu niebiańsko. Przed powrotem do centrum Rostock, warto przejść przez mostek łączący am Strom ze stacją kolei, skierować się dalej przez ciasny tunel, przez który, jak mówił tata Johannesa, przechodzą ludzie całego świata, by potem skręcić w kierunku przystani, gdzie cumują gigantyczne wycieczkowce. Stamtąd odpływa prom (1,5 euro), który zabierze nas na drugą stronę, do miejsca, gdzie nie spaceruje już prawie nikt. Idąc wzdłuż falochronów prowadzących do czerwonej latarni przy wyjściu z portu, można poddać się totalnemu relaksowi i ciszy panującej wokół. Nad morzem można spędzić cały dzień, robiąc coś, albo kompletnie nic nie robiąc, wedle uznania. Przyjdzie jednak moment, gdy człowiek wróci do miasta. Zanim dotrze do ścisłego centrum starego miasta w Rostock, warto zatrzymać się po drodze przy jeziorze łabędzim, gdzie nad samą wodą ulokowano największy w Meklemburgii obiekt przeznaczony dla sztuki nowoczesnej – Kunsthalle, jedyne nowe muzeum zbudowane w Niemczech Wschodnich. Na zakończenie dnia w Rostock, polecam zaś kajaki w centrum miasta. Urokiem tego miejsca jest bowiem jego niezwykle bliski kontakt z naturą. Od plaż, przez rzeki i jeziora, po majestatyczne wydmy i dzikie plaże, wszystko w zasięgu ręki. Na kajaki nie trzeba nawet wyjeżdżać z centrum miasta. Rostock to naprawdę przyjemne miejsce. Na wakacje, urlop, albo chociażby weekend. A Wy, macie jakieś takie małe i niekoniecznie znane miejsca w Niemczech, do których warto wpaść? Praktycznie: Dla osób z Krakowa najłatwiejszym (i często bardzo tanim) środkiem transportu jest Easyjet z Krk do Hamburga. Dla innych regionów Polski dojazd do Szczecina i pociąg Szczecin – Rostock Z Hamburga, zakładając lot z Krakowa, przejazd na Mecklemburg-Vorpommern Karte (kupowana w czerwonych automatach Deutsche Bahn uprawniająca do przejazdów wieloma środkami komunikacji i pociągami Regional) W Rostock najlepiej przemieszczać się na karcie dziennej – Tagesskarte za 4,5 euro

kawałek grecji w szwecji